Niewiadom
Historie mówione
Rozmawiają: Jadwiga Afanasiew
Transkrypcja: Historia Ireny Zawiszy
IZ: Nazywam się Zawisza Irena, mam 87 lat. Urodziłam się na Wołyniu, to znaczy powiat Kostopol. No i jako dziecko uciekłyśmy, bośmy się… Uciekały cały czas jak wojna, jak Rosja chciała Polskę zabrać to… Tak to było? Nie wiem dokładnie. No to myśmy uciekali, Ukraińcy nas gonili, Ukraińcy chcieli zabrać dla siebie, no i tak było, zabrali.
AL: A my, czyli?
IZ: A my uciekliśmy, uciekłyśmy do Polski. Mieszkałyśmy w Białymstoku potem… A jeszcze w lagrach mieszkałyśmy, byłyśmy w lagrach i my jako dzieci małe chodziłyśmy po zupę do… Na podwórku było, w lagrach, był kocioł i tam dawali, lali zupę, to myśmy chodziły po tą zupę z siostrą. Jako takie małe dzieci, ja miałam 5 lat, a ona miała 2 lata.
I myśmy chodziły, nam nalewali jako dzieci, pierwszy z kocioł do manażki tę zupę, no myśmy przychodziły do pokoju, pokój… Spało się na podłodze, na siennikach w tych lagrach, no a tam na Wołyniu to myśmy spały w stodole, miałyśmy taką wykopaną dziurę w stodole i spałyśmy, to byśmy tak przed Ukraińcami uciekali. I mojego dziadka, bo wtedy byłyśmy w lesie, tą noc miałyśmy w lesie i małe dzieci myśmy chciały jeść. I dziadek poszedł z wujkiem do domu po jedzenie, nie? I Ukraińcy widzieli, tam się świeci i wpadli, no to wujek uciekł, a dziadek wyskoczył przez okno i on upadł, nie? No to te Ukraińcy kolbami go zatłukli, bo szkoda było kuli na człowieka, nie? I tak potem się przeczołgał do stodoły, do Ukraińca i ten Ukrainiec przyszedł do nas rano i powiedział do taty: „idź tam Józef, w stodole twój ojciec dogorewa”. I tata wziął go dowozem i wieźli… To był mój najlepszy dziadek… Wieźli go do szpitala, ale już nie dojechał, już umarł na drodze. No to było tyle na Ukrainie, co pamiętam z Ukrainy, pamiętam stodoły, pamiętam dziurę, gdzie była wykopana i była zakryta. Snopkami i bronami i na to snopki, żeby nas tu nie znaleźli.
No i w lesie myśmy się też chowały. I potem jak już zabrali nas, przyjechali tu Ślązacy autem i zabrali nas do lagrów, nie? I tam w tych lagrach -śmy już były, to już tam było lepiej, bo już był dach nad głową i spokojna noc była. Pamiętam, jak myśmy wylatywały na ulicę i zbierałyśmy kartofle, co wieźli tam na stołówkę, to myśmy to zbierały jako dzieci, to… Tak pod łóżkiem było nasypane te kartofle. To tyle z Ukrainy pamiętam, a więcej już nie pamiętam. Pamiętam, że w Białymstoku, tu już potem była Polska, wyzwolenia, to już było dobrze, to już… Tu już do przedszkola chodziłam w Białymstoku i już było dobrze, Polska była wyzwolona, to już.
To jeszcze wracam, bo moich dziadków wywieźli na Syberię, Archan… Przepraszam, że tak mówię, bo ja jestem po udarze. I tak bardzo dobrze mówię, dzięki ci Panie za to. Dziadki byli wywiezione na Syberię, potem wrócili w czterdziestym, nie wiem, szóstym… Czy siódmym? Już nie pamiętam dokładnie, to tu w Nieborowicach, tu byli, bo wujek tutaj był we wojsku, bo on szedł z Archangielska na piechotę, aż do Berlina. I potem jak wrócił tu, to w tym, no, wojsku był, że no, po zawodowym, no i był w tym, Nieborowicach, a myśmy tak się tułały, zanim myśmy się usiedlili. Potem już byliśmy w tym Białymstoku, potem tu na Dolnym Śląsku, tata poszedł do szkoły, kończył Wyższą Szkołę Rolniczą w Elblągu, dobrze mówię?
AL: Mhm, Elblągu.
IZ: Dobrze? Elblągu. No i już dostał pracę, dopracował, no i potem ja już dorosłam, wyszłam za mąż. I byłam na Dolnym Śląsku siedem lat? Osiem, osiem… I potem przyjechałam tu, na Górny Śląsk, w ‘69 roku i jestem do dzisiaj. Szczęśliwa, że mam mieszkanie, już swoje. I tak się dzieci pochowałam, nie pochowałam, tylko wychowałam, wykształciłam, dzieci są wykształcone i wnuki wykształcone, a teraz czekam, aż prawnuki pójdą, bo już poszły do liceum, no to już niedługo będą, a ja nie wiem, czy ja zobaczę jeszcze ich dyplomy, czy nie, nie zobaczę?
AL.: Zobaczy Pani.
IZ: Nie, już chyba nie…
AL: Chyba tak.
IZ: Nie, za dużo mam chorób, jestem po takich chorobach…
AL: A z kim Pani była wtedy jeszcze i w lesie i wędrowała do Polski?
IZ: Jak, jak, jak?
AL: Z kim Pani była wtedy jeszcze w Ukrainie i z kim jechała do Polski?
IZ: Z mamą, z tatem, z bratem. Nie, brat się rodził, no chyba jeszcze na Ukrainie, albo, albo w… Nie wiem, gdzie się brat rodził, chyba jeszcze na Ukrainie, ale nie wiem, gdzie się rodził i siostra, nas to było troje. Potem brat umarł w ‘45 roku, bo jak Polska wyzwolona była, to brat tam umarł w Białymstoku już. Miał roczek, także urodził się to jeszcze chyba na Ukrainie. Ale nie! W lagrach my byli, bo mama jeszcze była w ciąży, bo, bo tam ktoś dał mi sprzątanie, to mogła jeszcze sprzątać w biurze, to już nie robiła tam ciężko, jak, jak tak inne Panie robiły, tylko robiła już lekciej dalej, lekszą, lekszą… O Jezus, nie mogę, brzydko mówię, jej no…
AL: Nie, mówi Pani bardzo ładnie.
IZ: Nie… nie… Tyle, tyle wiem.
AL: A z tego Białegostoku, jak Pani trafiła na Śląsk?
IZ: Nie, na Dolny Śląsk my przyjechałyśmy.
AL: Na Dolny Śląsk?
IZ: Na Dolny Śląsk, tak, do Wrocławia, do Jelcza dokładnie. Do Jelcza, jak tam fabryka samochodowa była. I tam stamtąd tata poszedł na, na szkołę do Elbląga, a mama pracowała jako świetlicowa w PGRze, a tata poszedł do… Kończyć szkołę, bo miał kierunek rolniczy, no. Pierwszą szkołę rolniczą w Elblągu kończył.
AL: A z Dolnego Śląska tutaj, do Rybnika?
IZ: O, z mężem. Poznałyśmy się z moim mężem, no i tak wyszło, jak wyszło, i przyjechałam, i się pobrałyśmy się, no i jesteśmy. Nie jesteśmy, bo mąż już nie żyje trzynaście lat. W jedenastym roku umarł. W 2011. Także już, już ja stoję, jestem sama.
AL: Ale z dziećmi?
IZ: Obok dzieci.
AL: Chciałaby Pani coś jeszcze powiedzieć o… Nie wiem, o przeszłości? Albo o pracy tutaj na Śląsku?
IZ: No, ja pracę mam… Ja 36 lat przepracowałam. Jako panienka to pracowałam w tych leszczyńskich zakładach samochodowych. Tam na taśmie. W magazynach takich to podawałam na taśmę… Do tych samochodów. Tam samochody te wojskowe produkowali też. I na tej taśmie wojskowej byłam. Pracowałam na tokarce też. Bo jestem mechanikiem, ślusarz-mechanik. Pracowałam jako mechanik. Potem pracowałam jako… W tym, w sklepie. To takie było troszeczkę nie za bardzo dla mnie. No ale przeż trzeba było gdzieś pracować. No i potem przeszłam do Inko, zakłady Inko. No i tam też pracowałam na warsztacie, potem poszłam w dozór. Byłam w dozorze. Miałam grupę z 28 osób, także miałam przy czym… Musiałam kłamać dużo razy, żeby bronić dziewczyny, bo wie Pani, jak to jest. Jak młode dziewczyny, to i w domu są i dzieci, i mą… Pijak przychodzi, no to przyszła do pracy. No to, to biedna nie widziała na oczy, to trzeba ją schować do szafy albo za firankę, żeby kierownik nie widział, żeby ona odpoczęła, bo takie życie jest, takie życie… Trzeba nakrzyczeć na nią, ale trzeba jej podać rękę, bo inaczej to… No i jestem już trzydzieści… W ‘91, to już jestem 33 lata na emeryturze. Na emeryturze, nie na rencie. Miałam 52 lata jak poszłam na emeryturę.
No i robimy spotkania. Oni robią, ci młodzi robią, jest nas bardzo mało, zostało. No ale dziewczyny jednak mnie lubią, bo skoro mnie zapraszają, jak tylko robią spotkania, to muszę być. Jak mówię, że nie mam czym przyjechać, to przyjeżdżają po mnie, zabierają i się spotykamy tu czy tam, na jakiejś kawce, powspominamy. Przyjeżdżają nawet z zagranicy panie, były teraz ostatnio dwie. No iśmy tak dosyć długo posiedzieli. Miło było i jest miło, bo jak dostałam udar, dowiedziała się jedna Pani… no pani, to teraz już pani? Babcia? Babcia, no jeszcze i prababcia? Może i prababcia ona już jest, nawet nie wiem. No to tak płakała tam z kawki, że ona dopiero się teraz dowiedziała, że ja miałam udar. Ona myślała, że ja już umrę, a ja jeszcze żyję. Już jestem, ile ja jestem po udarze? Ósmy rok? Będzie ósmy? Nie, dziewiąty? Dziesiąty? Siódmy rok już mi poszedł i jeszcze żyję. Jeszcze tam… Ile Bozia da, tyle będę żyła, nie? Tylko dziewczyny, jak tak się dowiedzą, to będą bardzo płakać. I znowu będą sobie do kawy, ale to ja już nie będę słyszała.
AL: A w dozorze, gdzie Pani pracowała?
IZ: No w Inko. W Inko. Na hali produkcyjnej.
AL: A co tam było produkowane?
IZ: A części do statków, do… Też potem już ostatnio to do kopalni było. No takie elektronika. Elektronika robiły. No i potem, jak już kończył się zakład, to troszkę z kopalni wzięli, tam niektóre rzeczy trzeba było produkować, nie? Żeby pieniądze były. No i potem zakład się rozleciał. Znaczy zlikwidowali zakład, o tak. W dziewięćdziesiątym… Dziewięćdziesiątym pierwszym? Dziewięćdziesiątym drugim, bo ja w dziewięćdziesiątym poszłam na emeryturę, a w dziewięćdziesiątym drugim już nie istniał i tak dlatego poszłam na emeryturę, co się zakład… Mnie tak wcześniej, mnie dali na emeryturę, bo ja miałam już lata przepracowane, trzydzieści sześć lat przepracowane, więc dostałam emeryturę. Nie rentę, tylko emeryturę. No i mam małą emeryturę, bo późno, bo wcześniej poszłam. Paskudny okres był taki. Te statki były inaczej liczone. No i teraz mam taką, jaką mam. Ale żyję. Jakoś sobie daję radę. Przedtem miałam działkę, teraz, jak byłam po udarze, to pan doktor siada, ordynator z Rybnika, przyszedł do mnie: „co pani je”? – Co mnie dacie”. No jakby pani odpowiedziała, prawda? W szpitalu co mnie dają. „Nie! Co Pani w domu je”. Ja mówię: „no co gotuję”. No taka odpowiedź była. No byłaby inna odpowiedź?
AL: No nie!
IZ: Nie miałaby Pani innej odpowiedzi, nie? „A co pani gotuje? – Co sobie przyniosę z działki”. No taka moja była odpowiedź. „A co pani przynosi”? No to, to, to. Jak na działce, no. Jakieś ziemniaczki, fasolka, buraczki. A ja mówię: „Panie Doktorze, dlaczego Pan się mi tak pyta”? A on mówi tak: „bo ja, jakbym miał taki udar jak Pani, to ja bym już nie żył. A Pani żyje. – To mam umrzeć? – No nie”.
No i to tak to życie przeszło mi, ale się cieszę, bo mam maluchów. Idę tam do nich. Oni na podwórku są. Teraz już nie, bo zimno. To z daleka. Z jednej Krzyś i Marysia, która ma cztery latka. Z drugiej Stasio, co ma trzy latka. Te maluchy: „Babunia”! I ja – babunia – łapie obydwa za… jedne za jedną, drugi za drugą. I przyciąga do siebie. I oni wiszą na mnie. Mnie ciężko, ale jest to kochane. Ale jak mnie za dużo już krzyczą, to uciekam. Naokoło, oni nie wiedzą, bawią się w piaskownicy, czy na trampolinie. A ja uciekam. Oni potem szukają „Babcia!”, a babci nie ma. Babcia uciekła. Bo dzieci też umią męczyć. Wielka radość, wielka! Kocham ich bardzo. Bardzo ich kocham. Ale jeszcze… Nie mam siły, już mi nie pozwalają chodzić. Przedtem to chodziłam do piaskownicy, na te… I dlatego tu mnie nieraz mówią: „wszyscy ci się kłaniają”. Bo ja nie wiem, czy to jest dziecko, czy to jest mama, czy to jest babcia, czy moja koleżanka. Bo takie maluchy, duże, gdzie go wsadzić? Do kogo to pod[obne]. Kiedyś miałam spotkanie, w sklepie wychodziłam, a mi się wiesza na szyję dziewczyna. Ja mówię: „my się znamy? – Tak. Pani Zawiszowa? – Tak – ja mówię – to ile my się nie widzieli”? No liczę, liczę, liczę. „- 40 lat”. Nie jest to przyjemne, że tak poznają Panią i tak tutaj, że tu mnie wszyscy znają. Ja wszystkich znam, ale nie wiem, gdzie wsadzić. To jak mówię, nie wiem, czy to jest dziecko, czy to jest… Nie, miło mi jest. Dobre mam stosunki z tych… Z ławkami, z „sępami”. I z górą. I przychodzi radny i też mi podaje rękę z daleka. Także jako tak przeżyłam swoje lata tutaj, nie narzekam. Tak jak mówię, jak się już mieszka tyle lat, to już wszyscy wiedzą, kto z czym jest, nie? Ja tak myślę, że wszyscy wiedzą, kto czym pachnie. I trzeba na wszystko se zasłużyć. Moje takie zdanie jest. A Pani?
AL: Ja?
IZ: Nie, moje takie zdanie, że trzeba na wszystko co zasłużyć.
AL: Ach tak, tak…
IZ: No tak. Jestem spalona, bo się paliłam. Ta ręka była przerośnięta do brzucha i tu wszystko, to mi się zapaliło.
AL: A co się stało?
IZ: No paliłam się.
AL: Ale czemu?
IZ: No bo się zapaliłam. Weszłam w ogień. To mówię, pamiętam, tam wszystko było na Ukrainie i ogień, no wody nie miałyśmy blisko, i las, i wszystko.
AL: To ktoś podpalił, tak?
IZ: No, no. Myśmy spały. Uciekałyśmy.
AL: Ale już w lesie?
IZ: W zbożu. W zbożu spałyśmy. Bo to się spało w zbożu i tak jak mówię, w stodole i zawsze trzeba było zmieniać. Jak ja pamiętam, my byłyśmy w domu, tam się… Nie było światła, tylko były lampy naftowe, nie? Więc te lampy świeciły, a na dworze stali, no jak nazwać, Panowie, no starsi chłopcy i miały kosy, bo oni nie miały pistoletów. A matki siedziały z dziećmi w jednej izbie. Tak się czekało. I ja mówię teraz, mam Ukrainkę na piętrze i ja byłam bardzo wrogo nastawiona do nich, ale mówię – chodzę do kościoła, jestem katoliczką. Ja mam… Co to dziecko było winne? Jego nie było, nawet nie było jego ojca na świecie, a co ona jest winna? No i teraz podawałam rękę, jak mogłam, w tej chwili już, bo już wszystko wydałam, pościel wydałam, bieliznę, potem naczynia, bo mnie już nic nie trzeba. Mnie już nic nie trzeba. Więc co mogłam, to wszystko dałam, mówię i kołdry, i poduszkę, i pościel na to wszystko, i obrus, i firanki. I stąd nawet brałam, tak się przyznam, brałam takie te odpady, co są. To brałam, bo mnie nie trza, moje dzieci mają, im nie trzeba. Brałam często, tam przenosiłam, bo to są takie już nie jasne bardzo. No i już tak ktoś krzywo patrzył na mnie, byłam tak nastawiona, jakbym ja sobie brała. Ja nie sobie brałam, bo mnie nie potrzeba. Mnie? Ja jestem sama, to ja wszystko wydaję, bo mi już nic nie trzeba. Tak jak mówię, bo już jestem wiekowa, to na co mi to? A moje dzieci nie potrzebują. Oni jeszcze mnie przynoszą i babcia daj tam komuś, jak nie potrzebujesz. Myślę o ciuchach, nie? Bo tak młode to tam se zmieniają co chwilę.
I dlaczego tu przyszłam jeszcze? O, dlaczego przyszłam? Bo siedziałam w domu, bo tylko do okna. Owszem, ja dużo chodziłam, bo starałam się, bo jak były dzieci, to ona przychodziła po mnie, ona, to znaczy wnuczka moja, przychodziła, z wózkiem zabierała, iśmy szły na tężnie, tu naokoło osiedla, robiłyśmy rundę, potem je zostawiała, a ona biegała z tym wózkiem, bo przybrała na ciele. Więc nie chciała być taka i biegała… Tak, tak! I mnie zostawiała, ja już szłam do domu, a ona jeszcze zrobiła drugą rundę, biegiem, a jak poszła do roboty, to zostałam sama, i ja już nigdzie nie wychodziłam, tylko dom i sufit, i wnuk mówi: „Babciu… I tylko patrzysz w sufit, kiedy ona przyjdzie, a tam będą inne ludzie, porozmawiasz, posiedzisz”. No i tak było, i tak dlatego tu przyszłam, a tak to bym nie przyszła. Dzieci, wnuki zmobilizowały, żebym tu przychodziła, żebym była między ludźmi, żebym nie zdziczała, bo jak widzę, jak tu krzyczą, to nie dla mnie. Tak głośno mówią, strasznie. Nie mówią, oni krzyczą. A u mnie nikt nie krzyczał. I dzieci… No tak, z daleka, Maryśka i Stasio, to z daleka, „Babunia idzie, już!” To już lecieli i darli się, to bo tak, to te dwoje. A tak to nikt nie krzyczał, jak tu tak krzyczą, to nie.
Wszystko, jeszcze coś? Coś jeszcze by chciała Pani wiedzieć?
AL: Nie chcę Pani męczyć…
IZ: Nie, nie!
AL.: …bo ja jestem cały czas ciekawa tej drogi właśnie z Wołynia, bo Pani coś mówiła o Białymstoku…
IZ: Tak. No to potem byłyśmy w Białymstoku, w lagrach. W lagrach.
AL: Tak. A na Dolny Śląsk?
IZ: Potem przyjechałyśmy i szukał tata roboty. No i tak szukał, szukał, tak to przyjechałyśmy – nie wiem, jak tam to było, tego nie pamiętam, bo ja byłam w tym czasie, myśmy pojechały do brata z tatem. Ja pojechałam z tatem, a tata tam dziecko chrzcił. Do Zielonej Góry. I mnie wziął ze sobą. Tak, jak jedno jechało, to drugie było z drugim dzieckiem w domu, nie? I tam siostra, tego, ona już miała dom w Kamieńcu Ząbkowickim i mówi: „niech będzie u mnie, a wy jedźcie, szukajcie tego swego miejsca”. No i ja tam byłam, tam kończyłam pierwszą klasę w Kamieńcu Ząbkowickim i potem oni przyjechali do Jelcza, to jest niedaleko, w tym obrębie. I potem mnie zabrali i myśmy tam mieszkali.
Tata potem poszedł na tą szkołę skończyć, chyba mama go też motywowała, jak ja tego wnuka swojego, żeby skończył, no i on poszedł do tego, do tego Wrocławia, nie Wrocławia, do…
AL: Elbląga.
Iz: No, poszedł do tego Elbląga, no i jeszcze teraz niedawno zdjęcia przeglądałam, tam jest właśnie ten akademik i tu tata na dole, jako, jako student tego, jak skończyli szkołę, to takie zdjęcie im robili. No to to zdjęcie u mnie jeszcze zostało. I ja mówię, Boże, jak to tak było niedawno, a tata już nie żyje ponad 30 lat.
Tak to jest. No i stamtąd, potem no, potem tata tą szkołę skończył i pracował w PGR-ze, ale marzyło mu się swoje gospodarstwo, no i potem kupił w Ziębicach, tam koło Ziębic na wsi kupił gospodarkę i tam był. No i tam poznałam, przyjechałam do mojego męża, no i… I tak wyszło jak wyszło. Też myśmy krótko chodziły, no i mówię, już przyszedł, oświadczył się, nie? A ja nie chciałam jeszcze, ale już miałam dwadzieścia… dwadzieścia dwa lata, no. Nie chciałam jeszcze, jeszcze chciałam trochę być, ale potem już… Chciał, no to niech tam będzie. I potem mieszkania – tam nie było tak łatwo o mieszkanie jak tutaj, ale miałam spółdzielnię… O, założyli spółdzielnię, o tak, i nie było. A tu sąsiad wyjeżdżał, a ja poszłam do pracy, a dzieciątko moje do żłobka, no i tam tak wyszło, że mąż odbierał to dziecko i zawoził, no a to wie Pani jak to sąsiedzi, za dużo to było, za dobrze to było, więc donieśli, że on odwozi dziecko do żłobka. No to myśmy tu przyjechały i tu myśmy do miesiąca dostali mieszkanie.
Przyjechałyśmy w maju, wyjechaliśmy w maju, to robotę mężowi zostawili od pierwszego czerwca z przeniesieniem, przyszedł tutaj z przeniesieniem i… Przyjechaliśmy do domu, ja mówię „zrób wyniki, i jedź tam, weź, z wynikami, tu przyjedź, tu prędzej dostaniesz tą robotę”, nie? No i tam porobił wyniki, przyszedł tu od pierwszego czerwca, a dwudziestego któregoś obdzielili mieszkanie, dostałyśmy już mieszkanie. A mąż mówi, pisze: przyjeżdżaj z pieniążkami, bo już mamy mieszkanie”. Trzeba zapłacić kaucję, nie? No i obśmieli się, że „aaa, nie może wytrzymać żony, to już pisze, że już dostał mieszkanie. Gdzie on dostał mieszkanie”? Przyjechałam, rzeczywiście mieszkanie dostałyśmy w tym czerwcu, ale na czwartym piętrze. A dzieciątko moje, Piotrek, chodził do pierwszej klasy, on też chorowity był. No to ja mówię, na czwartym piętrze to będzie ciężko. „Jak pani chce, niech pani poczeka miesiąc, będzie oddawany drugi blok. To dostanie pani”. No ja to czekałam. Tam kołdra została i kct, a on poszedł na hotel, a było drugie mieszkanie oddawane w czerwcu… W lipcu, no, 22 lipca, bo to było kiedyś święto. Dostał mieszkanie i myśmy 15 sierpnia już tu mieszkały.
AL: Tu, czyli?
IZ: No w Niewiadomiu, na blokach. I do dzisiaj ten dom, w tym mieszkaniu mieszkam. Taka moja droga była. A teraz mogę siedzieć tutaj. Dobrze, że tu blisko jest, to tak się przyjemnie… I teraz się poprawiło jedzenie, bo przedtem to było jedzenie nie do zjedzenia, a teraz jest dobre. No i jest dobrze, blisko. Ta pani Terenia, jak się mogła, tak się stara, tylko ze starymi ludźmi ciężko pracować. Ja jej współczuję, bo ja, tak jak mówię, miałam młodych, to inne potrzeby miały, a tu stare mają inne potrzeby i więc jej jest naprawdę ciężko, że se daje radę, to Bogu dzięki, że se daje radę, bo ja bym chyba se nie dała rady z takich, z tak starszymi pracować. Z młodymi to tam podziało się to czy tamto, to przyszła, przeprosiła i było dobrze. Bo też każdy się może denerwować, nie? Każdy może. Nie ma takich ludzi, kto by był bez nerwów. No. Pani nie ma nerwów?
AL: Oczywiście, że mam. Ale tak w pracy to zachowuję rezon, prawda?
IZ: I tak trzeba, i tak trzeba, bo inaczej to się nie przeżyje.